poniedziałek, 30 stycznia 2012

Nie czytaj tego

Widzisz! Podziałało, jednak czytasz. Między innymi w taki sposób media i marketingowcy próbują osiągać sukces. Dlaczego "nie" działa?

"Nie czekaj, kup już dziś", "Nie możesz tego przegapić" - to przykłady z reklam. Ale wystarczyło, że wszedłem na kilka portali i co? "Jak nie kompromitować się przy stole", "Nie będziemy siedzieć jak na tureckim kazaniu", "Jak nie wyjść na flejtucha", "To jest skandal! Wolność mediów nie istnieje". To tylko kilka z tytułów z Gazety i Onetu. Przykłady można mnożyć. To typowy chwyt. "Nie" pobudza naszą ciekawość, a od samego początku świata wiadomo, że to co zakazane ciekawi nas najbardziej.

Teraz pora na przykład "z życia", a częściej z filmu. Osoba znajdująca się na dużej wysokości słyszy "nie patrz w dół" i co robi? No oczywiście, że patrzy...

Stosowanie przeczenia "nie" jest coraz bardziej widoczne w internecie, radiu czy prasie. W reklamach, ale też w artykułach, a nawet w kampaniach politycznych. Magiczne słowo "nie" próbuje nami manipulować w wielu dziedzinach życia. Warto nie raz, na to "nie" zwracać uwagę i się nie nabierać. Tak jak teraz.
-----
Blog umarł śmiercią naturalną. Zapraszam na www.walterego.pl

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Najbardziej wkurwiające reklamy

To, że reklamy nas wkurwiają nie zawsze musi być przypadkiem. Agencje reklamowe kierują się nieraz tezą, że łatwiej jest zrobić reklamę, która denerwuje, niż taką która zachwyci miliony. A i tak marka w podobnym stopniu, a niekiedy nawet i w większym zapada w pamięć. Ale czy przekłada się to na sprzedaż?

1. Jak słyszę nową reklamę biedronki, to mam ochotę strzelić sobie w łeb.




Czegoś tu nie rozumiem. Czy Biedronka nie miała czasem jednej z najlepszych, telewizyjnych kampanii reklamowych w Polsce? Któż nie pamięta reklamy z kiwi i galaretką... "- Co się pani tak trzęsie? - To pani nic nie wie? Ananas wyszedł z puszki... Podobno śmietanę ubił". Cała seria była bardzo udana.

A teraz? Według mnie nowa biedronka wraz z odmienionym wyglądem strzeliła sobie w stopę. Ta reklama mnie nie porywa, tandetna piosenka to nie jest to, czego oczekuję, a nawet mnie to śmieszy i odstrasza. Jak ją słyszę, to ja mam ochotę sobie strzelić nie w stopę tylko w łeb.

2. Kondrat w ING
Marek Kondrat to świetny aktor, ale kurwa mać, za te reklamy ING go nie lubię. Bardziej irytujących reklam nie pamiętam. Nie wiem, jakim cudem agencja reklamowa dostała nagrodę na jakimś tam zagranicznym festiwalu za kampanię bajkową, kiedy aktor czytał bajki. A już Kondrat imieninowo, to była przesada.

Kiedy zakładałem sobie konto w ING, zastanawiałem się, czy ING nie przełoży sobie tego na myśl "nasza reklama jest zajebista, podziałała". Bo nie podziałała. Reklamy ING mnie odrzucają, ale oferta kont osobistych mnie przyciągnęła.

Aktualna kampania ING z darmowym WiFi w pociągach i formie serialowej też mnie nie wciąga. Nie wiem, może nie jestem w stanie zrozumieć, czym kierują się agencje, które te reklamy tworzą.

3. Dupa mi się ukazała

Na początku reklamy Plusa, kiedy Mumio zaczęło je tworzyć, były dobre. Były po prostu zabawne. Z czasem się to zmieniało. Dzisiaj teksty typu "Nokia mi się ukazała" i "Może dla grzybiarzy" są dla mnie bardziej żenujące, niż interesujące. Wcale nie zachęcają mnie do skorzystania z usług marki. Dziwny poziom, żadnego celu. Po prostu kolejna denna reklama.

4. Płaćmy abonament, bo wszyscy płacą
Reklamy promujące płacenie abonamentu radiowo-telewizyjnego. To jest dopiero przegięcie! Bardzo dawno nie widziałem kampanii reklamowej, która na wielu działa po prostu negatywnie. Bo te spoty, w moim przypadku, osiągają inny cel od zamierzonego przez jego autorów. Wywołują wewnętrzny bunt. "A co, kurwa! Nie zapłacę. Na złość." Gdyby się tak troszkę nad tymi reklamami rozwieść, to pomysły są straszne. Weźmy pod lupę formę z obcokrajowcami mówiącymi, że my Polacy jesteśmy "najlepsi wśród najgorszych". Cel był taki, żeby wpłynąć na ambicje. Ale nie wyszło. I szczerze wątpię w przełożenie tej promocji na płacenie abonamentu. Kolejna kasa wyrzucona w błoto.

To tylko część z listy tych najbardziej irytujących. Jest ich całe mnóstwo. Bo w każdym kwartale znajdą się takie kampanie, które po prostu nam się nie podobają. Pamiętam jak do telewizji trafiła słynna reklama Gillette z muzyczną wstawką Stachurskiego "Gillette. Najlepsze dla mężczyzny". Do krajowej rady radiofonii i telewizji trafiło wtedy mnóstwo skarg i próśb o zdjęcie jej z anteny.

Ale czy zawsze ten negatywny efekt, jest efektem niezamierzonym? Oczywiście, że nie. Agencje reklamowe kierują się nieraz zasadą, że najważniejsze jest to, żeby marka zapadła w pamięć Kowalskiego. Nie pamiętamy reklam tradycyjnych, standardowych. Pamiętamy te, które wzbudziły w nas jakieś uczucia. Negatywne lub pozytywne. Te reklamy i te marki zapamiętujemy. Nie raz łatwiej jest zrobić reklamę wkurwiającą, niż dobrą i pozytywną. A efekt jest podobny.  Cel zamierzony - marka została zapamiętana.

A Was, które reklamy wkurwiają najbardziej?

niedziela, 22 stycznia 2012

Anonymous nie hakowali stron rządowych

W nocy z soboty na niedzielę wybuchła niezła afera. Wszystkie media interesowały się faktem blokowania stron z końcówką gov i innych, które padały jedna po drugiej. Paweł Graś, rzecznik rządu bardzo umiejętnie i PRowo stwierdził dziś rano w Radiu ZET, że "trudno mówić o ataku hakerów". No i ma rację, bo strony "hakowane", ani nawet crackowane nie były. Ale atakowane już tak.

Tak właśnie mydli się oczy Polakom. Graś mówiąc o tym, że ataku hakerów nie było przez opinię publiczną rozumiany jest tak, jakby stwierdzał, że zaprzecza medialnym doniesieniom. Ale on umiejętnie mówi prawdę. Bo rzeczywiście, strony gov "zhakowane" (a w zasadzie zcrackowane*) nie zostały. Owszem, nie było próby włamanie się na serwery, nie było zmiany treści. Ale to nie znaczy, że nie było ataku.

- Mieliśmy kilka milionów wejść - powiedział Graś tłumacząc padanie stron. No ale skąd nagle, w sobotnią noc kilka milionów osób wchodzi na strony rządu i innych instytucji? 

Akcja Anonymous polega na "zawieszaniu" tych stron. Wygląda to tak: osoby należące do grupy oraz coraz większa rzesza ich pomocników włącza w tym samym czasie swój "sprzęt", czyli programy które wysyłają na serwer zgłoszenia o załadowanie strony, przez co serwery przy tysiącach, setkach tysięcy a nawet milionach takich zgłoszeń, się zawieszają i po prostu padają. Całość doprawiona została informacjami medialnymi po wywaleniu się stron, dzięki czemu niczego nie podejrzewający, ciekawscy internauci którzy zaglądali na "zhakowane" strony, pogarszali ich sytuacje.

Zaraz po słowach ministra Grasia w Radiu ZET, jego strona też padła.

***
* Cracker jest tym złym. Obecnie słowo cracker używane jest jako określenie osoby włamującej się na serwery w sposób niezgodny z prawem. Używanie go w tym kontekście propaguje społeczność hakerska, według której stawianie znaku równości między hakerami, a włamywaczami sieciowymi (co jest w mediach praktyką nagminną) jest błędne. Według społeczności hakerskiej, haker to komputerowy pasjonat o dużej wiedzy, który nie wykorzystuje jej do szkodzenia innym. Crackerem natomiast określają osobę łamiącą zabezpieczenia w celu dokonania przestępstwa (np. kradzieży danych osobowych z serwera). (Na podst. wikipedia.org)